Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym - oficjalny serwis internetowy TPG

Ścieżka dostępu do aktualnie oglądanej strony

Boczny panel wyboru na stronie Głównej Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym

przycisk menu do Aktualności Regionalnych
przycisk menu do Jednostek TPG

Jednostki Regionalne


Wyszukiwarka dla Głównego serwisu TPG

 

KOLOROWY SIERPIEŃ NA ŁYNIE

Dodano: 30 września, 2013 | Jednostka Warmińsko-Mazurska | Komentarze: Brak

Witam wszystkich serdecznie !


Mija już chyba ze dwa miesiące od naszego spływu pod tytułem:


KOLOROWY SIERPIEŃ NA ŁYNIE
 

W obsadzie:

Małgorzata Macegoniuk
Mariola Ejsmond
Wojtek Ejsmond
Marcin Chojnowski
Grzegorz Miszczuk

Jest już czas, aby wrócić do tamtych chwil.
Tuż po zakończeniu spływu na Krutyni pod koniec czerwca Wojtek i ja postanowiliśmy zrobić jeszcze w wakacje spływ na innym szlaku. Na czerwcowym nie było Marcina z powodu jego wyjazdu na zgrupowanie szachistów do Spały, więc wiadomość o nowym spływie bardzo go ucieszyła, bo marzyło się mu coś nowego i koniecznie pragnął dokonać próby pływania w kajaku 1-osobowym Wojtka.
Najpierw padła propozycja pokonania Jeziora Nidzkiego w całości. Ten pomysł odpadł ze względu na ogrom tego akwenu i niebezpieczeństwo z powodu fal w obrębie zatok Zamordeje. Ja w pamięci miałem sympatyczny jednodniowy spływik, który zrobił Marcin na początku maja z Olsztyna do Brąswałdu.  Bardzo pragnąłem, aby tam wrócić i ponownie popłynąć Łyną dalej do Dobrego Miasta i byłby to charakter badawczy dla zorganizowania spływu dla głuchoniewidomych za rok. Wtedy taki spływ byłby dla organizatora ułatwieniem, bo byłby już poznany i sprawniejszy w przebiegu. Była też  wersja popłynięcia Łyną odcinkiem od Bartąga czyli przed Olsztynem przez wodospad przy zamku i dalej na Brąswałd. Wybraliśmy jednak trasę od zamku w Olsztynie ze względu na dostępność dla uczestników  spoza Olsztyna. Małgosia z Iławy, Marcin z Ostrołęki i ja Grzegorz z Łukty.
Na tydzień przed terminem spływu a konkretnie podczas festiwalu GN, wyklarowały się osoby na wodną przygodę. Ustaliliśmy już, że Wojtek z Mariolą płyną we własnym kajaku, Marcin na żółtym 1-osobowym od Wojtka, a ja i Małgosia  wypożyczamy kajaki z firmy z Dywit. Małgosia zadecydowała brać kajak 1-osobowy, ja 2-osobowy.
I tak się stało. 2 sierpnia o 10:30 kajaki leżały na brzegu przy wodospadzie koło zamku olsztyńskiego. Wszyscy spotkaliśmy się w tym miejscu. Przez pół godziny było pakowanie się do kajaków. Jeszcze w tym czasie spotkała się z nami  pani redaktor z Radia Olsztyn Kinga Grabowska, która zrobiła wywiad dla reportażu o nas GN. Była pełna podziwu, że my potrafimy sobie radzić w tak trudnych sytuacjach terenowych przy poważnym ograniczeniu w widzeniu i słyszeniu. Bardzo
chciała być z nami, ale jej praca nie pozwoliła na to. Wielka szkoda !
Dokładnie o 11 był start. Silny nurt od wodospadu poniósł nas szybko w dół rzeki. Od mostu Smętka Łyna zaczęła spowalniać, rozlewając się szeroko. Pojawiły się też gęste zarośla wodne, które bardzo hamowały nasze kajaki. Widok  jak na Amazonce. W takich warunkach dobrnęliśmy do pierwszej elektrowni „Łyna” a zarazem przeszkody, na której nasze kajaki przeciągnęliśmy do wody z łatwością po trawie.
Po zwodowaniu byliśmy zdziwieni, że nie ma już  tych zarośli. A byliśmy nastawieni, że będzie tak cały czas. Brak szuwar nas ucieszył i w radosnym oraz słonecznym nastroju nasze kajaki niosły nas same dalej. I dalej.
Każdy zachwycony urokiem rzeki Łyny. Jej widoki przypominały jakby długie kręte jezioro z lesistymi brzegami porośniętymi w większości majestatycznym świerkiem. Do tego słońce na bezchmurnym niebie. Wspaniale !!!

Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy szumi woda i gdy szumi gaj…!


Najbardziej był zachwycony Marcin, bo miał okazję płynąć jedynką. Ze względu na wywrotność jego kajaka był postawiony mu warunek, że gdy jest w kajaku, musi mieć  na sobie kamizelkę asekuracyjną. Był przez nas pilnie obserwowany, aby zbytnio się nie oddalał na szerszych wodach. Mieliśmy go na oku. Choć czasami Marcin się nas wyprzedzał i wtedy musieliśmy za nim gonić, aby go zatrzymać i być blisko niego oraz mieć go szczególnie w polu mojego widzenia i w obszarze jego słyszenia. Dlatego, bo Marcin na dużą odległość dobrze nie słyszy albo wcale. Tak samo z widzeniem. Jednak dobrze sobie radzi na wąskiej rzece, bo widzi z bliska. Zauważyłem u Marcina, że bardzo chciał być na kajaku sam i tylko sam, by czuć się wolnym i niezależnym. Trudności  chciał pokonać samodzielnie. I udawało mu się doskonale. O dziwo ! Ale za wyjątkiem jezior, szerokich rzek i  występujących na nich rozwidleń czy ujść.  Mimo wszystko Marcin czuł się szczęśliwy. Wszyscy sobie radziliśmy w komunikacji z nim. Jak czegoś Marcin nie zrozumiał, to pisało mu się na dłoni.


Nasza Małgosia to już wytrawny kajakarz po wielu spływach głównie Krutynią. Na Łynie płynęła sama – jak Marcin – w jedynce. Jej kajak był bardziej stabilny, bo szerszy i z większym kokpitem, i lukiem bagażowym. Odważyła się na samotny rejs mimo problemów z rękami.

Doskonale wiosłowała. Nawet pokonała ten pierwszy odcinek zarośniętej rzeki. Staraliśmy się trzymać się jej tempa albo oczekiwaliśmy na nią.

Zawsze Gosia na twarzy miała uśmiech. Fascynowała ją otaczająca przyroda. Ptaki np. czaple, kormorany, czy żurawie i roślinność wodna i przybrzeżna. Bardzo uważnie obserwowała. Podziwialiśmy ją, jak sobie radziła.


Wielkim wsparciem w nieznanym odcinku szlaku od Brąswałdu i dalej byli Wojtek oraz Mariola. Ich bystre oko i czujny słuch było dla nas asekuracją w szczególnych miejscach i sytuacjach jak przenoski, cienie podczas słonecznego dnia albo wieczory. Ale przede wszystkim wspaniałe towarzystwo. Bardzo pomocni i wrażliwi. Wojtek z Mariolą od wielu lat pływają często ze mną. Właśnie ja ich zaraziłem kajakarstwem. Krutynia dla nas to wspólna ojczyzna. Szukamy zawsze okazji, aby znowu tam być.


Za wielkim mostem na Redykajnach minęliśmy po lewej wypływ starej Łyny i skierowaliśmy się do kanału w kierunku drugiej elektrowni „Brąswałd”,  gdzie na nas czekała długa i ciężka przenoska po betonowej przepławce. Najpierw panowie przenieśli same bagaże, potem puste kajaki. I chwila postoju na odpoczynek, i mały posiłek. Jeszcze tylko 1 km wiosłowania i po prawej dopłynęliśmy do przystani kajakowej z obszernym polem namiotowym. Pierwszy zauważył ją Marcin. Byliśmy w okolicach wsi Brąswałd.

Tam po wciągnięciu kajaków na brzeg, rozbiliśmy namioty, a potem przygotowania do wieczornego ogniska. Mieliśmy tam wyznaczone miejsce i ładne zadaszenie ze stołami i ławami. Ponadto toaleta. Byliśmy zupełnie sami. Super ! Na ognisku piekły się kiełbaski, a nawet był kurczak od Marcina. Przeszkadzały nam tylko komary, na które były różne sposoby, aby ich wyprosić.
Tak minął pierwszy dzień pięknego odcinka 13 km Łyny.


Poranne słońce przebudziło nas do wstawania. A więc śniadanie i kawusia, a potem ciężka praca przy składaniu namiotów, pakowaniu się i urocze wodowanie. Przed nami nieznany szlak. Płynęliśmy nim po raz pierwszy. Zapoznałem się z nim tylko na podstawie map i opisów w przewodniku. Więc konfrontacja z rzeczywistością. Przede wszystkim charakterystyczne punkty wynikające z map jak: mosty, kładki lub rozlewiska, które informują o naszej lokalizacji na szlaku.

Do Kłódki mamy 14 km, a po drodze na początku szlaku Jezioro Mosąg z przenoską na zastawce trzyprzęsłowej. Środkowa zastawka była podniesiona na około 40 cm. Zaobserwowaliśmy, żo część kajakarzy przepływało przez tę szczelinę. Ale aby to zrobić, to trzeba było się położyć w kajaku i uprzednio ustawić kajak prostopadle do zastawki, bo za nią jest bystrze. Gdyby kajak ustawił się bokiem, to groziłoby wywrotką do bystrza. Przeniesienie kajaków okazało się wielkim wyzwaniem, bo stromy brzeg, kręte i wąskie z sterczącymi korzeniami ścieżynki, strome i kamieniste zejście do wody. Najpierw bagaże, potem te jedynki, a na koniec dwa kajaki 2-osobowe przez zastawkę. Odważył się Wojtek. Założył kapok i podjął się tej próby przepłynięcia opróżnionymi kajakami, najpierw swoim. I udało mu się. Potem przepuścił mój. Wszystkie kajaki już poza zastawką. Mały odpoczynek, a potem ładowanie bagaży i dalej w rejs.
Przez 1 km niosło nas jeszcze kanałem. Przy jego końcu z lewej mijaliśmy dopływ starej Łyny. Ten kanał został wykonany w okresie międzywojennym XX-wieku w związku z budową elektrowni

„Brąswałd”. Starą Łyną nie da się swobodnie płynąć, ponieważ jest zarośnięta i występują płycizny.

Dalej już dziewicza, nieznana, kręta rzeka. Brzegi niedostępne, strome albo bagniste, a w oddali zalesienia. A my cały czas w słońcu, żadnego cienia i tak aż do Kłódki do przystani kajakowej. Meandry były trochę nużące, bo cały odcinek wydawał się bardzo podobny. Cień dopiero mieliśmy na 2 km przed końcem naszego etapu. Zaskoczeniem dla nas była przystań, ponieważ były tylko zadaszenia podobne jak w Brąswałdzie ,ale miejsca na namioty prawie wcale. Na tym skrawku ledwo nasze 4 namioty się zmieściły. Były ustawione obok siebie i wciśnięte między zadaszenia. Jakby ta przystań była tylko przystanią, a zadaszenia chyba na biesiady. Podobnie jak w Brąswałdzie byliśmy także sami. Ciekawostką jest to, że wszystkie przystanie są wykonane za pieniądze unijne, tylko dlaczego tu nie zrobiono miejsca na namioty. Niestety ogniska już nie zrobiliśmy, bo nie było miejsca, nawet nie było toalety. Ale jakoś musieliśmy sobie radzić. Wieczorny pobyt w Kłódce to przede wszystkim odpoczynek od słońca. Przed kolacją Małgosia była we wsi Cerkiewnik. Była pod wrażeniem tej uroczej miejscowości i jej mieszkańców. Wojtek i Marcin czyścili swoje kajaki, a ja zajęty studiowaniem mapy na jutrzejszy ostatni odcinek szlaku. Za nim poszliśmy spać, ustaliliśmy że wstajemy wszyscy o 6, bo zapowiadał się wybitnie upalny dzień.


Po pobudce mieliśmy czas na ogarnięcie wszystkiego do 8:00 – najpóźniej do 9:00. Udało się nam wypłynąć o 8:30. Przed nami Łyna do Dobrego Miasta. Inna niż przed Kłódką. Była bardziej urozmaicona. Przy brzegu więcej było cienia, które dawał las. Powalone drzewa, strome brzegi i kręty bieg rzeki dawały dużego uroku. Coś się zmieniało w krajobrazie. W tym dniu Marcin był cały czas pierwszy. Chciał być sam. Podziwiałem go, z jaką łatwością pokonywał te zwalone konary. To rezultat szkoły, którą przeszedł na spływie Obrą koło Międzyrzecza w lubuskim, a także na Krutyni na Mazurach. Coraz bliżej Dobrego Miasta, bo pojawiają się pierwsze zabudowania, a po chwili przed nami wyłania się nagle wielka budowla murowana z czerwonej cegły, kryta dachówką. Była to średniowieczna kolegiata warmińska. Tuż przed elektrownią pojawia się przystań i w tym miejscu kończy się KOLOROWY SIERPIEŃ NA ŁYNIE i warmińska przygoda na Łynie, która była też naszą inspiracją w związku z festiwalem. Zrobiło się nam smutno, gdy oddawaliśmy kajaki do odwiezienia. Pozostał nam tylko powrót do Olsztyna, a  stamtąd każdy z nas do swoich domów.   Na pożegnanie słowa: a może znowu jakiś spływ, jeszcze dalej na Lidzbark Warmiński i Bartoszyce, i dalej do granicy z Rosją, może Welem, może Drwęcą…..
Bardzo dziękuję Małgosi, Marioli, Wojtkowi i Marcinowi za wspólnie spędzony czas i radosną atmosferę i cieszę się z Waszego zadowolenia.

 

Grzegorz Miszczuk

 

Galeria: 

no images were found


Strona Regionów współfinansowana w ramach zadań zlecanych ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

PFRON - Państwowy fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Komentarze do wpisów


Zostaw komentarz

Obrazek przedstawiający hasło: TPG - Tu Przekraczamy Granice!

Informacje o nas

Projekt współfinansowany ze środków Pfron

Projekt współfinansowany ze środków PFRON
PFRON - Państwowy fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Jeden procent dla TPG

Obrazek przedstawiający KRS do przekazania 1% dla TPG

Ułatwienia dostępu do strony

Adresy e-mail redakcji i webmastera strony

Informacja o własności