
Medal wywalczył Mazowiecki Klub Sportowy Niesłyszących i Głuchoniewidomych ARKADIA. Nasza reprezentacja w klasyfikacji punktowej pokonała 13 silnych drużyn m. in. z Niemiec, Rosji, Ukrainy, Słowacji, Bułgarii i Chorwacji. Na mistrzostwa do Hamburga poleciało czterech zawodników z Polski – pośród nich znalazł sie także związany z naszą organizacją Marcin Chojnowski, klub ARKADIA współpracuje bowiem z TPG. Zapraszamy do lektury fragmentów dziennika Marcina Chojnowskiego.
Wtorek (dzień przed odjazdem)
We wtorek miał być upragniony dzień, bo oddawali mi mój implant, na który czekałem aż dwa miesiące. Co to za wspaniale uczucie słyszeć ten tylko sie dowie, kto... stracił choć troszkę słuchu i go jakoś odzyskał. Czekałem aż pani doktor ustawi komputerem wszelkie dane i wreszcie będę słyszał. Jest! Nadeszła upragniona chwila. Teraz już słyszałem. Szeroki uśmiech, wielkie zadowolenie i szczęście! Nieprawdopodobne uczucie. Cieszyłem sie jak dziecko. Poprosiłem o lepsze ustawienie. Wtedy stała się rzecz niezmiernie ciekawa. Po chwili implant znowu się... popsuł. Zapytałem: co jest? Doktor rozłożyła ręce: Trzeba go znowu wysłać do Francji. Cóż... Nerwy pozostały bardzo spokojne, bo i po co się emocjonować? I tak by to nie zmieniło faktów.
Zebrałem manatki i poszedłem na obiad z przyjaciółmi, choć słyszałem jak słyszałem. Cóż, nie ma jak dobrzy znajomi. Na starówce było ok. Napiliśmy się tego, na co kto miał ochotę - ja oczywiście piwa nie mogłem, bo na turniejach i tuż przed nimi nie piję. Podczas miłej rozmowy czas leciał szybko… trzeba więc było umieć powiedzieć: sorry, muszę iść…
Środa (dzień wyjazdu)
Wstaliśmy o 3:30 i po małym śniadaniu pojechaliśmy taxi na lotnisko. Ciszę przerywała tylko miła rozmowa. Nie było nic poza tym, że jest wszystko w porządku. Po kolei wszyscy sie zjawiali. Mnie interesowało głównie to, by była sympatyczna atmosfera. Siedziałem więc spokojnie i obserwowałem, co się działo. Jurek zna angielski i niemiecki oraz świetnie orientuje się na lotniskach. Sebastian bardzo sympatycznie rozmawiał ze wszystkimi, by nawiązać kontakt. Jechało nas 5 niedosłyszących zawodników. Do tego mój tłumacz-przewodnik Sebastian i prezes Michalczuk.
Dojechaliśmy do sali gry na godzinę 9 rano. Obejrzeliśmy wszystko i rozmawialiśmy ze wszystkimi używając migowego. Sebastian wszystko mi przekazywał. Bardzo mi pomagał, zawsze jak tylko zapytałem, o czym była mowa - dostawałem zwięzłą i wyczerpującą odpowiedź. To, co jest warto podkreślić to to, że pomiędzy nami nie ma żadnego dystansu. Zawsze uważałem i będę uważał, że drużyna musi się trzymać razem i nie ma prawa być żadnych kłótni itp. Tak było właśnie w Niemczech.
Poszedłem na spacer. Po drodze każdy, kto kiedyś grał ze mną, witał się niezmiernie serdecznie, wymieniał kilka słów i było tak, jakbyśmy się niedawno widzieli i chcieli pójść na piwo. Opowiadaliśmy sobie nawzajem, jakie nas czekają następnego trudy i co trzeba robić. Choć położyliśmy się późno, nie mogłem zasnąć. Pomimo, że pogoda była jak dla mnie wyśmienita (lekki chłód, wiatr i mżawka), to jednak spałem płytko.
Czwartek (dzień pierwszej rundy)
Graliśmy z Litwą obronę czeską. Bez żadnego przygotowania – białymi. Dostałem ciekawą pozycję. Po około kwadransie jeden z moich kolegów przegrał, nieszczęśliwie podstawiając figurę. Hmm… - pomyślałem - Muszę wygrać! Jednak nie było to wcale proste i zmuszony byłem pod wielkim napięciem znajdować coraz to nowe "siekiery". W ostatnim ruchu mój przeciwnik bardzo mnie zaskoczył. Wydawało mi się, że grunt usuwa mi spod nóg. Jednak intuicja natychmiast podpowiedziała wspaniałą ofiarę wieży z motywem odciągnięcia. Partia, ku radości całej drużyny, zakończyła sie moim pięknym zwycięstwem!
Niedowierzałem: Kiedy Ty Marcin tak ostatnio grałeś?! Z jednej strony cieszyłem się ogromnie, z drugiej – nie wiedziałem, skąd to przyszło. Takie zaangażowanie do walki. To coś wspaniałego! Jakżesz ja to przeżywałem! Poszedłem oczywiście zaraz na spacer, dosyć swobodny i długi. Zacząłem nawet sobie z radości śpiewać!
Po obiedzie graliśmy z gospodarzami. Ni stąd, ni zowąd ofiarowałem pionka w debiucie, czego nigdy dotąd nie robiłem. Gość „przyjął ofiarę” i partie wygrałem w przepięknym stylu. Dostałem nawet pochwalę od trenera Niemców, Polaka - przesławnego Jerzego Konikowskiego. Mam przecież kilkanaście jego książek szachowych!!!
Piątek (pierwszy dzień rozgrywek)
Śniadanie minęło spokojnie. Najważniejsze, że nie myślałem, że będę grał z Rosją. Owszem zastanawiałem się, jak zagram czarnymi ale generalnie się niczym nie martwiłem. To naprawdę coś wspaniałego – niczym się nie martwić, podejść do szachownicy i zacząć grać. Zerknąłem na trenera Michalczuka i zobaczyłem, że siedzi i smutno milczy. Zagadałem więc: Jak pogoda i samopoczucie? Jak dziewczyny się podobają?
Pojechaliśmy na partię. Miły Rosjanin grający w barwach Moskwy dał mi znaczek z widokiem ze stolicy Rosji. Grałem białymi. Nie pytałem, jaki mój przeciwnik ma ranking, tytuł. Podałem blankiet, by się podpisał i czekałem spokojnie.
Obrona sycylijska, wariant Paulsena. Grał szybko, więc i ja starałem się tak samo. W pewnym momencie wiedza moja się skończyła, a że Rosjanin grał nadal wyjątkowo szybko, to ja przypomniałem sobie ruch pewnego ukraińskiego gracza, który zobaczyłem podczas transmisji on-line. Udało się! Przeciwnik zamyślił się na dłużej. Był zaskoczony. Ruszył tak samo jak tamten z partii Enjanowa – bo tak się nazywał tamten arcymistrz. Nie myśląc zbyt długo, dalej rozgrywałem jak Enjanow. Cieszyłem się i śmiałem, jakbym już wygrał partię. Przypomniało mi się doświadczenie z zawodów na Krecie - podniosłem więc w myślach do góry wskazujący palec i powiedziałem sobie: Poczekaj! Poczekaj!! Jeszcze nie wygrałeś!
Zakasałem rękawy. Gdy mój przeciwnik był na posunięciu, spacerowałem, by się zrelaksować. Cały czas starałem się wykonać najsilniejsze posunięcie na szachownicy i uniknąć realizacji jego planu. Partia powoli nabierała kolorytu. Nie było łatwo, bo przewaga była niewielka i stopniowo trzeba ją było zwiększać. Małymi kroczkami, jakby ściskałem go za gardło. Tego typu sytuacje sprawiają, że walka jest tak piękna, aż dech w piesiach zapiera i chce się stanąć, jak o północy w Paryżu wśród rozświeconych gwiazd. Fantastyczna partia. Wygraliśmy z Rosją 3-5, 0-5. To jest historyczny wynik – powiedział Krzysztof po całej partii!
Po obiedzie mierzyliśmy się z Ukrainą. Czarnymi. Nie wiedziałem, co gra mój przeciwnik. Zamiast tego wiedziałem tylko tyle, że to jakiś mistrz świata... A jego asystentem była… Ukrainka. Siedziała obok mnie i patrzyła się cały czas na mnie... Zagrałem słaby ruch i po heroicznej walce poległem. Nie mogłem w to uwierzyć. Przegraliśmy sromotnie 3-1. Kurczę… Jak ja mogłem się skoncentrować, podczas gdy piękna dziewczyna siedziała obok i wpatrywała się we mnie jak w słońce?
Sobota (drugi dzień rozgrywek)
Niemcy są silną drużyną, lecz wygrać chcieliśmy tym bardziej. Także po to, by otrząsnąć się po porażce z Ukrainą. Chciałem jakoś zaskoczyć mojego przeciwnika, więc się zastanawiałem: co wybrać po 2.S - f3, d5, c3 czy e5? Wahałem się, lecz wybrałem to drugie. Po ciekawym debiucie, dostałem jednak mocno podejrzaną pozycję. Zwątpiłem. Zamyśliłem się na długo… i pomimo trudów jednak poległem. Druga porażka. Wychodząc z sali czułem się jak z krzyża zdjęty. Poszedłem na spacer. Po stu metrach zmęczony padłem pod drzewem. Marcin? Chcesz być sam? - Zapytał Sebastian. Tak, tak – odparłem.
Później graliśmy z Zagrzebiem. Koniec tego! – powiedziałem sobie i wypiłem kawę. Trener podpowiedział, bym ostro grał, bo walka zapowiadała się na zaciętą. Starałem się więc grać szybko i nie dumać długo, tylko „strzelać” jak z karabinu. Mój przeciwnik natomiast grał spokojnie i mocno. Dopadły mnie wątpliwości, że może miałem zły wariant debiutowy itp. Grać ostro? Uśmiech wrócił na usta. Robiłem się zadowolony czując, jak głowa zaczynała pracować. Zachwiało to pewnością siebie Chorwata i zaczął popełniać błędy. Po długiej grze i nienagannej technice realizacji, wygrałem. Kawa pomogła.
Zespołowo mieliśmy jednak tylko remis 2-2 i małe szanse na brąz. Wróciliśmy do pokoju w dziwnych nastojach. Bez medalu? - pomyślałem - To niemożliwe! Przecież ja tu po to przyjechałem! Sebastian też nie chciał nawet o tym słyszeć.
Z mieszanymi uczuciami dziwnej bezsilności i wiary udaliśmy się na spoczynek. Kawa długo nie dała mi zasnąć.
Niedziela (ostatni dzień rozgrywek)
Grałem z tym samym przeciwnikiem, co w Szwajcarii. Słowak grał szybko, a jego asystent robił dziwne grymasy. Hmm... Przygotowali się na mnie? Co to jest u licha? Grałem ale on robił szybkie ruchy i zaczynałem się dziwnie czuć: Rozpracowali mnie? Zrobił podejrzany ale szybki ruch. Wtedy nie wytrzymałem. Wypiłem nową, już chyba drugą kawę, zdjąłem marynarkę i z lekką sportową złością krawat. Nachyliłem się głęboko nad szachownicą i zaczynałem analizować wszystkie za i przeciw. Po 10 minutach namysłu – dłużej nie dałem rady, bo kawa mi przyspiesza myślenie - znalazłem prawidłową drogę! On grał szybko ale… słabo. To mnie ucieszyło. Udało się i po kilku ruchach miałem tak łatwo wygraną pozycję, że aż podskoczyłem z radości.
Wygrałem szybko i pewnie jako pierwszy. Wyszedłem z sali i czekałem na wyniki kolegów. Było troszkę nerwowo. Konkurencyjna drużyna straciła remis i wiedzieliśmy, że jeśli wygramy do zera to będziemy mieli brąz. Adrenalina się podnosiła. Cały zgrzany do czerwoności, nie czując zmęczenia, czekałem na ostatnie chwile.
Jest!! Wygraliśmy i medal był nasz! Zebraliśmy gratulacje i po pewnym czasie, jak dotarło do mnie, że mamy medal, to usiadłem na krześle i… zdjąłem hełm. Co? Jaki hełm? Pytał Sebastian. Walka się skończyła i mogłem zdjąć broń. Puściła adrenalina i momentalnie poczułem się zmęczony. Po raz pierwszy opuściły mnie siły i nie mailem już ochoty na nic. Brakło energii, by wstać i się cieszyć z medalu. Siedziałem na tym krześle jak żołnierz po bitwie - ze zdjętym karabinem, cygarem w ustach i czując przy tym każdy kilometr i wystrzelony nabój. O niczym już nie myślałem, jak tylko o tym, żeby wrócić do domu. Miałem już dość. Misja skończona. Cel zdobyty, więc czas wracać żołnierzyku!
Rozpoczęła się uroczystość na zakończenie, więc jak zwykle siadłem spokojnie i obserwowałem, co kto robił. Przyszedł do nas także nie kto inny jak tylko pan Jerzy Konikowski. Serdecznie zrobiłem mu miejsce i rozmawiał z moimi kumplami. Wiedziałem, że potem Sebastian opowie mi, o czym była rozmowa więc spokojnie siedziałem. Po jakimś kwadransie Pan Jerzy musiał odejść ale na odchodne rzucił: Prawda, zdolny zawodniku? - Nie! Jestem z Ostrołęki. – odparłem.
Zakończenie, medale i zdjęcia. Cóż… mogłem wypaść lepiej. Nie wyolbrzymiam tego, ile widzę i ile słyszę – jestem sobą w stu procentach.
Dalej było wesoło. Wzorem, jaki dal mi Rafał podczas zawodów na Krecie, poszedłem prowadzony przez Sebastiana do Ukraińców, by uścisnąć ich dłoń i pogratulować zwycięstwa.
Na koniec tej opowieści muszę stwierdzić, iż wydaje mi się, że wiele się nauczyłem. Przede wszystkim tego, jak wspaniałą rzeczą jest praca. Czy to nad sobą, w celu zbudowania czegoś, czy po to, by wywiązać się z obowiązków. Moim zadaniem była dobra gra i z tego byłem, i będę rozliczany. Bez znaczenia jaki jest dzień, pora dnia, czy jak piękna dziewczyna patrzy w Twe oczy – konsekwentnie idź tam, gdzie jest Twój cel, a za czas ten, który obrałeś, zobaczysz efekt swojej pracy.
Tekst: Marcin Chojnowski (Wicemistrz Świata w Szachach Osób Głuchoniewidomych)