Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym - oficjalny serwis internetowy TPG

Ścieżka dostępu do aktualnie oglądanej strony

DiS » Dłonie i Słowo » Nr 1/2019 » Bieg życia czyli Nowy Jork Maraton

Boczny panel wyboru na stronie DiS Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym

przycisk menu do numerów miesięcznika Dłonie i Słowa
przycisk menu do numerów Usłyszmy i zobaczmy
przycisk menu do archiwum Dłoni i Słów

Wyszukiwarka dla Głównego serwisu TPG

Bieg życia czyli Nowy Jork Maraton

Michał Majchrzak, osoba głuchoniewidoma z Małopolskiej JW TPG


Wersja wideo artykułu: Bieg życia czyli Nowy Jork Maraton

Miałem z Nowym Jorkiem rachunki do wyrównania. Byłem już tutaj 6 lat temu, w 2012 roku, ale wtedy z powodu szalejącego huraganu Sandy maraton odwołano. Odbył się co prawda nieoficjalny bieg wokół Central Parku, ja jednak chciałem koniecznie zaliczyć oficjalny maraton i przywieźć ze sobą medal za jego ukończenie. Okazja nadarzyła się w 2018 roku, ponownie dzięki zaproszeniu od klubu Achilles International.

Podróż przez Atlantyk

Tym razem po raz pierwszy mogłem przelecieć się Dreamlinerem. Latałem już trochę, ale dopiero teraz zetknąłem się z tym, że każdy pasażer ma do swojej dyspozycji tablet, na którym można sobie obejrzeć wybrany film z listy kilkudziesięciu do wyboru, posłuchać muzyki czy sprawdzić parametry lotu. Jestem zachwycony tym patentem. Gdy miła stewardessa przynosi mi słuchawki, od razu ściągam aparaty słuchowe i zakładam te, które mi podano. Na dodatek dowiaduję się, że od tego roku LOT na trasach transatlantyckich wprowadził w swoim serwisie bezpłatne wino i piwo. Nie omieszkałem skorzystać – podczas dziesięciogodzinnego lotu relaksuję się przy winku i muzyczce, łagodnie bujając się w rytm melodii. Próbuję zasnać, ale się nie udaje. Nigdy zresztą nie udało mi się na dobre pospać w samolocie. Może kiedyś, jak wprowadzą całkowicie rozkładane łóżka, jak w klasie biznes? Lot mija dość spokojnie. Z niecierpliwością wyczekuję momentu, kiedy ją ujrzę.
W końcu nadchodzi ten moment. Zawsze tak jest. Ktoś musi zobaczyć ją pierwszy. Nieważne, czy właśnie spaceruje po pokładzie, je, słucha muzyki albo marzy. Siedzi jak sparaliżowany, serce mu łomocze. Cicho szepcze: Ameryka! Ten widok zapada w pamięć. Przez okno samolotu widzi rozświetlony milionami świateł i neonów Nowy Jork i okolice. I gdybyś patrzył uważnie w jego oczy, to dostrzegłbyś ją – Amerykę.

Ląduję bezpiecznie na lotnisku Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Przekonuję się, że podróżowanie samemu nie musi być stresujące. Przed zakupem biletu zaznaczam opcję asystenta osoby niepełnosprawnej. Na każdym lotnisku asystent pomaga przejść przez wszystkie odprawy celne i bagażowe. I to bez kolejek, z pierwszeństwem. Cieszę się, że współczesny świat i technologie stwarzają niepełnosprawnym takie możliwości do samodzielnego podróżowania po całym niemal świecie.

Miasto, które nigdy nie zasypia

Z lotniska odbiera mnie Krzysiek, na stale mieszkający w Nowym Jorku. Natężenie ruchu samochodowego jest ogromne, mimo to jazda idzie nam bardzo sprawnie i szybko meldujemy się w naszym miejscu noclegowym – hotelu Pennsylvania.

Nie bez powodu nazywany jest najsłynniejszym hotelem świata. Ma idealną lokalizację, w samym centrum Manhattanu, naprzeciwko hali widowiskowo-sportowej Madison Square Garden i dworca kolejowego Penn Station. Stąd jest tylko pół kilometra do wieżowca Empire State Building, 800 metrów do placu Times Square i 2 km do muzeum sztuki nowoczesnej. Bardzo pozytywnie zaskakuje mnie cisza panująca w pokoju i na korytarzach.

Sam Nowy Jork to stolica świata, jak niektórzy nazywają tę metropolię. Jeśli jakiekolwiek miasto miałoby zasługiwać na to miano, to tylko ono. To ogromny luksus, ale też rozwarstwienie społeczne, to mieszanka religijna i etniczna, to cały świat w jednym miejscu. Prawie 10 milionów ludzi, ponad 800 języków, setki wieżowców. Żywa miejska tkanka, która nigdy nie zasypia. Żadne inne miasto na świecie nie jest tak zróżnicowane językowo i etnicznie. Światowe centrum finansjery, biznesu, technologii, mody i rozrywki. Miasto kuszących obietnic i straconych szans, przyciągające jak magnes ludzi z różnych stron świata. Według danych Google, hasło „Nowy Jork” jest najczęściej wyszukiwanym spośród wszystkich miejsc na świecie. Ogrom ludzi, dźwięków, świateł i zapachów sprawia, że Nowy Jork trudno ogarnąć.

Historia maratonu

Co roku w pierwszą niedzielę listopada odbywa się maraton. Pierwszy miał miejsce w Central Parku w 1970 roku. Biegacze mieli do pokonania trzy pętle. Do zawodów zgłosiło się 127 biegaczy (plus jedna kobieta, która jednak wycofała się z powodu choroby). Każdy musiał uiścić wpisowe, które dziś wydaje się śmiesznie niskie – 1 dolar. Teraz za pakiet trzeba zapłacić jedynie 357 dolarów więcej, a pula nagród przekracza 800 tys. „zielonych”. W 1976 roku trasę maratonu wyprowadzono z parku i uzyskał on obecny kształt. Bieg zaczął cieszyć się coraz większą popularnością, by w obecnej dekadzie urosnąć do rangi największego na świecie z liczbą uczestników przekraczającą 50 tysięcy. NYC Maraton stał się swoistym fenomenem. Ludzie z całego świata przyjeżdżali do Nowego Jorku, by przekonać się, na czym polega wyjątkowość tego biegu. To obecnie najbardziej prestiżowa impreza na świecie na królewskim dystansie, a Nowy Jork stał się mekką dla miłośników tego sportu.

Maraton Nowojorski to misterium. Misterium i pożądanie każdego maratończyka. Dostać się na to wydarzenie jest naprawdę niezwykle trudno. Udział można sobie zagwarantować na kilka sposobów. Wystarczy, że w roku poprzedzającym maraton nabiega się odpowiedni dla swojej kategorii wiekowej czas. Są one jednak bardzo wyśrubowane, na przykład dla mężczyzn do 34. roku życia minimum kwalifikacyjne wynosi 2 godziny i 53 minuty. Można również wybiegać sobie pakiet, ale to opcja raczej wyłącznie dla mieszkańców Nowego Jorku. Wystarczy pobiec w dziewięciu biegach kwalifikujących do maratonu oraz dodatkowo wziąć udział w jednym – dziesiątym jako wolontariusz.

Można też zostać wylosowanym w loterii. Zasady losowania są dość skomplikowane. Liczba miejsc w loterii uzależniona jest od liczby osób, które zakwalifikują się wcześniej dzięki osiągnięciu minimum kwalifikacyjnego lub wybieganiu pakietu. Na początku losowani są Amerykanie z rejonu Nowego Jorku, później z pozostałych stanów, a na samym końcu biegacze międzynarodowi. Jak łatwo policzyć, skoro miejsc jest 50 tysięcy a chętnych kilka milionów, to szanse nie są duże. Można co roku brać udział w losowaniu i nigdy nie zostać wylosowanym. Tak naprawdę wielu się nie udaje. Samo zgłoszenie do losowania kosztuje 11 dolarów, ale kwota ta nie jest zwracana, jeśli danej osobie się nie poszczęści. Amerykanie jednak znają się na biznesie ;)

Klub Achilles International

Ja należę do grona tych szczęśliwców, którym dane było dostać się na maraton dzięki Achillesowi. Klub Achilles założył Dick Traum, który jest jego prezesem do dzisiaj. Dick urodził się zdrowy, ale w 1965 roku w wieku 24 lat został zmiażdżony między dwoma samochodami na stacji benzynowej i musiano amputować mu prawą nogę. Traum, który zawsze był sportowcem, nauczył się chodzić i biegać z protezą nogi. W 1976 roku był pierwszą osobą po amputacji, która pomyślnie ukończyła maraton nowojorski. W 1983 roku Traum założył Achilles Track Club, organizację dla niepełnosprawnych sportowców, która później stała się znana jako Achilles International.

Klub ma członków w ponad 70 krajach, również w Polsce. Koordynatorem na nasz kraj jest pani Halina Koralewski, dzięki której wielu maratończykom z Polski udało się wziąć udział w NYC Maratonie. Do klubu mogą należeć biegacze z przeróżnymi dysfunkcjami, najczęściej po amputacjach, ale też niewidomi, słabowidzący, niesłyszący, ze stwardnieniem rozsianym, porażeniem mózgowym itp. Misją Achilles International jest umożliwienie osobom z niepełnosprawnościami wszelkiego rodzaju uczestniczenia w głównych wydarzeniach biegowych w celu promowania osobistych osiągnięć. Bieganie jest po prostu narzędziem do osiągnięcia głównego celu: dostarczania wszystkim nadziei, inspiracji i radości z osiągnięć, jak również do przełamywania wszelkich barier.

Przygotowania

Udajemy się na Expo, by odebrać nasze numery startowe. Zlokalizowane jest ono w olbrzymiej hali Javits Center, położonej pół godziny spacerkiem od naszego hotelu. Na miejscu, mimo ogromu ludzi, wszystko idzie szybko i bardzo sprawnie, praktycznie bez kolejek. Czuć już wszechobecną atmosferę wielkiego święta i przedstartową gorączkę. Euforia i napięcie rośnie z każdą minutą. Wieczorem udajemy się na konferencję i uroczystą kolację dla członków Achillesa z całego świata. Poznaję przedstawicieli m.in. z Mongolii, Wenezueli, Ekwadoru, Japonii. Jedna wielka rodzina niepełnosprawnych biegaczy.

Nazajutrz Achilles zaprasza na śniadanie. Dostaję ogromnego burgera z frytkami. Tak na marginesie, amerykańskie jedzenie jest jedną z niewielu rzeczy, która mi nie odpowiada. Trudno tu znaleźć cokolwiek do jedzenia, co nie zawiera cukru i nie jest w jakiś sposób przetworzone. Nie dziwię się więc, że większość Amerykanów nosi rozmiar XL.

Po południu udajemy się na przeprawę promem z Manhattanu na Staten Island, gdzie będzie jutrzejszy start. Po lewej stronie mijamy most Verrazano, po którym będziemy biec, zaś po prawej Statuę Wolności i port. W drodze powrotnej mamy fantastyczny widok na cały Manhattan. Dokładnie ten sam mieli imigranci z Europy, którzy na przełomie XIX i XX wieku przybywali statkami do Nowego Jorku w poszukiwaniu lepszego życia, by spełnić swój american dream (amerykański sen). To była dla nich ziemia obiecania. Próbuję sobie wyobrazić ich wzruszenie na widok Statui i tego miasta. To musiało w nich zostać na całe życie.

Droga na start

Nadchodzi wreszcie ten wielki dzień. Wstajemy bardzo wcześnie – o 4 rano. Nie mamy innego wyjścia, ponieważ ostatnie autobusy na start, które podstawia organizator, odjeżdżają z Manhattanu o 5.30. Szybkie śniadanie, kubek herbaty, pakowanie i wychodzimy. Mimo niedzieli i wczesnej pory na mieście spory ruch. W końcu to dzień wielkiego święta. Po pół godzinie marszu docieramy do autobusu. Myślałem, że będzie w nim tłok, ale nie – każdy ma miejsce siedzące.

W miarę zbliżania się do miejsca startu autobusów przybywa. Korek robi się coraz większy. Jazda zaczyna się dłużyć niemiłosiernie. Ale nie ma się co dziwić. Autobusy to jedyny środek komunikacyjny dla większości z 50 tysięcy biegaczy, by dostać się na Staten Island. Rozglądam się. Na twarzach współpasażerów widzę skupienie i napięcie. Niekórzy drzemią. Mam wrażenie, że jedziemy już dwie godziny i nie zdążymy na start. Nagle po lewej stronie ukazują nam się wieżowce Manhattatnu w promieniach wschodzącego słońca.

W końcu docieramy na Staten Island w pobliże mostu Verazzano, gdzie ulokowana jest linia startu. Uczestnicy są przydzieleni do danej grupy zgodnie z prognozowanym czasem ukończenia biegu, który podaje się podczas rejestracji. W pobliżu startu rozmieszczone są specjalne wioski, w których mogą przebywać tylko maratończycy. Zawodnicy czekają na start nawet 2 godziny. Choć atmosfera panująca wśród biegaczy jest gorąca, to w listopadzie jest już bardzo chłodno i pogoda często bywa kapryśna. Utrzymanie ciepła przy temperaturze poniżej 10oC wymaga ciepłego ubrania. Liczba rzeczy, które można oddać do depozytu jest ograniczona, dlatego większość osób pakuje do specjalnych worków tylko to, co niezbędne. Odzież wierzchnia zazwyczaj trafia do kosza. Wielu uczestników jeszcze przed biegiem zaopatruje się w odzież używaną, którą zakłada tylko w dniu startu. To rzeczy, które z góry przeznaczone są do wyrzucenia. Widok porzuconych kurtek, czapek, śpiworów, swetrów, spodni, rękawiczek nie dziwi. Opuszczone wioski i strefy startowe przypominają targowisko. Tak dzieje się nie tylko w Nowym Jorku, ale to tu, ze względu na liczbę uczestników, pozostawionych ubrań jest najwięcej. Rekordową liczbę odnotowano w 2014 roku, kiedy zimny i silny wiatr skłonił biegaczy do przyniesienia ze sobą aż 93 tony ubrań!

Na szczęście teraz nam to nie grozi. Pogoda zapowiada się idealna, bezchmurne niebo, choć rano jest wciąż chłodno. Na członków Achillesa czeka niespodzianka – do naszej dyspozycji jest wielki namiot, gdzie znajdujemy schronienie przed chłodem. W środku mamy dla siebie pełen bufet: gorącą kawę, herbatę, batony energetyczne, banany. Słowem: pełen wypas. Reszta biegaczy czeka pod gołym niebem. Dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, co tu się musi dziać, gdy leje deszcz, wieje przenikliwy wiatr, a temperatura nie przekracza kilku stopni Celsjusza. I jak w takich warunkach czekać dwie godziny na start? Miło, że Achilles dba o to, by każdy z jego podopiecznych miał świetne warunki. Mało tego. Każdy dostaje własnego przewodnika, a nawet dwóch. Ja też. Jeden z nich to mój znajomy Krzysiek, nowojorczyk, drugi to Gerrard ze Szwajcarii.

Bieg

Mija godzina 9. Pomału udajemy się w kierunku mostu. Mamy na sobie peleryny, by się nie wyziębić. Czekamy chwilę w kolejce, by przepuścić inną strefę. Ustawiamy się w swojej. Z gigantycznych głośników zaczyna płynąć ostra muza, dodająca energii do biegu. Lekka rozgrzewka. Słyszymy nieoficjalny hymn tego wydarzenia: „New York, New York” wykonaniu Franka Sinatry. Sygnał startera i ruszamy! Po niecałych dwóch minutach truchtu widzę już linię startu. „Jak to, już!?” – pytam się z wielkim zdziwieniem. Myślałem, że tę linię przekroczymy dopiero za kilkanaście minut. Ponieważ most jest piętrowy, część biegaczy biegnie na górze, a my na dole. Jest sporo miejsca, można szybko biec. Więc pędzimy. Porywa nas ten tłum. Mimo idealnej pogody, biegniemy początkowo w cieniu, więc nadal mam na sobie pelerynę. Przydałyby się rękawiczki.

I w końcu się zaczyna.

Pojawiają się ONI.

Kibice.

Setki, tysiące, całe tłumy.

Dwa miliony… Tak, to prawda, według szacunków na całej trasie jest ich jakieś dwa miliony!
Już wcześniej czytałem o tym, że każda z dzielnic kibicuje inaczej i przyciąga swoją uwagę czym innym. Kibice wręcz rywalizują ze sobą o to, która dzielnica będzie lepsza. I rzeczywiście, niemalże co 500 metrów odbywają się koncerty różnorodnych zespołów, które zagrzewają i motywują do walki. Na każdym kroku czuć, że w mieście odbywa się jeden wielki festiwal sportu i radości.

Nogi niosą nas same. Przez to wszystko zapominam o tym, że zbyt szybko zaczęliśmy, tempem niemal godzinę szybszym od zakładanego. Ale nie dało się inaczej, po tym co tu widzę i słyszę. Dopiero gdzieś przed 10 kilometrem opamiętałem się z tą szybkością i zwalniamy. Są maratony na życiówki. Są też takie, które są niczym meksykańska fiesta. Gdzie celebruje się każdy metr trasy, nie bacząc na końcowy wynik. To prawda, ja chcę wprost zostać z tym tłumem i tańczyć, i śpiewać razem z nimi. Chcę by ten bieg trwał jak najdłużej! Biegnie się jak w transie. Ciarki na plecach cały czas. Przed 10 kilometrem jestem już na tyle rozgrzany, że mogę wyrzucić swoją pelerynę. Co ciekawe, gdyby spojrzeć na to z lotu ptaka, widać nieprzeniknione tłumy i ogromną ciasnotę. Ale to złudzenie. Tu, w środku, nie czuć wcale tłoku. Biegnie się swobodnie, jest dość sporo miejsca wokół. To wszystko świadczy o perfekcyjnej organizacji i świetnym rozmieszczeniu stref startowych.

Przed nami 21 km i most Pułaskiego, który wyznacza półmetek biegu. Mam satysfakcję, że jeden z głównych mostów tego miasta został nazwany na cześć polskiego i amerykańskiego bohatera. Przewodnik mówi mi, że wbiegamy na Sunset Park. „Sunset Park?!” – krzyczę. Momentalnie przypomina mi się książka pod tym samym tytułem autorstwa Paula Austera, mojego ulubionego, współczesnego amerykańskiego pisarza. W swoich powieściach opisuje pulsujące emocjami życie w Nowym Jorku. A ja teraz staję się żywym aktorem jednej z jego książek, gdy kroczę wzdłuż tych ulic. Postacie z jego książek nagle stają mi przed oczami. Przypomina mi się „Trylogia nowojorska”, opowiadająca o mrocznej stronie tej metropolii, której ulicami przemykają postaci – zagadkowe i piękne kobiety oraz mężczyźni, którzy nie potrafią ich kochać – uwikłane w ciąg nierzeczywistych zdarzeń i przedziwne śledztwa. W Nowym Jorku nie ma dzielnicy, która nie miałaby swego literackiego lub filmowego portretu. Przypominają mi się filmy Woody’ego Allena, Martina Scorsese, Francisa Forda Coppoli… Obrazy w mej głowie przewijają się, a kilometry mijają. Jawa i rzeczywistość. Żegnamy Brooklyn, największą dzielnicę NY, wbiegamy na Queensboro Bridge i witamy kolejną – Queens. Mosty to jedyne miejsca, gdzie nie spotykam kibiców. Po prostu ruch pieszych jest na nich niemożliwy. Ale po zbiegu z mostu znów tłumy.

Co chwila widzę przeróżne napisy na kartonach i tablicach, które trzymają kibice. Są to głównie śmieszne i motywujące cytaty. Nie sposób wszystkich zapamiętać. Biegniemy, czytamy je i śmiejemy się razem. „Chuck Norris nigdy nie przebiegł maratonu!” – wita nas napis na kartonie trzymanym przez uśmiechającą się do mnie Afroamerykankę. I znów most – Wills Avenue bridge. Mam wrażenie, że jeden podbieg na którykolwiek most nowojorski jest większy niż suma podbiegów w jakimkolwiek polskim, miejskim maratonie. I nie ma w tym stwierdzeniu przesady. W okolicach 30 kilometra zaczynają mnie łapać mega skurcze. To się musiało stać w skutek tempa narzuconego na początku, jak również tego, że zupełnie zapomniałem o suplementacji magnezem przed zawodami. Na dodatek wypłukałem się z elektrolitów. Jak totalny amator. Ale to zupełnie nieistotne. Liczy się tylko to, że uczestniczę w tym wielkim święcie i prę nadal przed siebie.

„Pain? is a french word for Bread” (Ból? To po francusku znaczy Chleb) – taki napis trzyma mała Whoopi Goldberg. Brniemy dalej, ciary na plecach nieustannie. „Hurry up! I miss for BBQ for this” (Pospiesz się! Tęsknię za piknikiem i grillem) – takim hasłem dopinguje mnie grupka nowojorczyków. Wita nas polska dzielnica – Greenpoint. Widzę kilka polskich grup z naszymi flagami. Wzajemnie się pozdrawiamy i przybijamy piątki. Zaczyna się Bronx. Doprawdy, nie ma lepszego sposobu na zwiedzenie miasta niż ten bardzo szybki 42-kilometrowy spacer. „Cierpienie niedługo się skończy, na mecie czeka pizza i piwo” – to kolejny mobilizujący tekst, który widzę na trasie. I zaraz kolejny „You are not a runner, You are marathon runner!”. Czas na podbieg pod most Madison. „Last damn bridge!” (Ostatni cholerny most!) czytam na tablicy trzymanej przez pewną blondynkę. Tak, to już naprawdę ostatni, piąty most. I ostatnia, piąta dzielnica – Manhattan. Zaczyna się jego kulminacyjną część – Central Park. Tłum gęstnieje, wśród biegaczy również robi się ciaśniej. Droga coraz bardziej kręta i pagórkowata. I jesiennych drzew przybywa. Las wieżowców wokół. By uwierzyć w tę historię, musisz uwierzyć, że ludzki wyścig może być wielką radosną rodziną, pracującą razem, śmiejącą się razem, dokonującą niemożliwego. To wprost nierealne, że tylu ludzi z całego świata śmieje się, wiwatuje, cierpi podczas tego największego festiwalu, jaki widział świat. W końcu już widzę linię mety. Tak, to się dzieje naprawdę. Z niedowierzaniem i wielkim wzruszeniem, wśród wiwatującego tłumu, przekraczam linię mety.

Wrażenia

Medal dumnie wisi na mojej szyi. Łzy cisną się do oczu. Inaczej nie potrafię. Wciąż nie dociera do mnie, że to zrobiłem. Dostaję ciepłą pelerynę oraz gorący posiłek. Przez dłuższą chwilę jakoś nie potrafię i nie chcę rozmawiać. Cały czas przeżywam to, co się stało. To był najwspanialszy bieg, w jakim brałem udział. Coś zupełnie niewyobrażalnego. Dla takich chwil się żyje. Coś zupełnie nierealnego. Sen stał się rzeczywistością. Już po wszystkim leżę w łóżku i emocjonalnie dochodzę do siebie. Nazajutrz czeka mnie jeszcze wizyta w konsulacie RP i rozmowa z przedstawicielami polskich władz.

A oto lista moich maratonów do kolekcji „maratony na wszystkich 7 kontynentach”: Europa: Oslo, Berlin, Rzym, Wiedeń, Koszyce, Warszawa, Poznań, Kraków, Gdańsk; Afryka: Marrakesz; Ameryka Północna: Nowy Jork.

Wszystkie moje dotychczasowe starty bledną przy Nowym Jorku. Żegnam się z Ameryką. Nie udaje mi się zasnąć w samolocie. Dopiero po kilku godzinach nocnego lotu, gdy wszyscy już śpią, w głowie pojawia się spokojny, melodyjny, kołyszący do snu głos Franka Sinatry i refren piosenki „New York, New York”: „Chcę się budzić w mieście, które nigdy nie zasypia. Chcę się budzić w mieście, które nigdy nie zasypia…”.


Do artykułu dołączona jest fotografia portretowa autorka oraz zdjęcia przedstawijące:
1. Michała Majchrzaka ubranego w jasnoniebieską koszulę i szare, eleganckie spodnie z czarnym paskiem, stojącego przy granatowym billboardzie z dużym logo i napisem TSC New York City Marathon. Michał trzyma w lewej dłoni i pokazuje do aparatu kartkę z numerem startowym 18897. Prawą dłonią wykonuje gest „lajkowania” tj. unosi kciuk do góry. Z tyłu widać fragment amerykańskiej flagi. Podpis: Udział w NYC Maraton to największe marzenie każdego maratończyka.
2. Michała ubranego w różową koszulę i ciemną kurtkę stojącego na tle dużej, zatłoczonej ulicy. Jest ciemno, na ulicy jest pełno ludzi i dużo, stojących w korku samochodów (wśród nich kilka charakterystycznych, żółtych taksówek). Bo obu stronach ulicy widać oświetlone i wręcz upstrzone różnymi napisami, neonami i reklamami budynki. Na końcu ulicy widać wysokie, także oświetlone wieżowce. Podpis: Nowy Jork to żywa, wiecznie pulsująca miejska tkanka, której nie sposób ogarnąć zmysłami.
3. nowojorską, dosyć pustą ulicę i siedzących na jej środku dwóch maratończyków. Obaj są otuleni foliowymi pelerynami i pokazują do aparatu wiszące na ich szyjach medale. Jeden z nich to Michał Majchrzak. Ma na sobie czapkę z daszkiem. Za nimi stoi i przytula się do nich uśmiechnięta kobieta, także w czapce z daszkiem. Za nimi widać kilka innych grupek zawodników, a także psa-przewodnika. Podpis: Mimo idealnej pogody, konieczne były peleryny chroniące przed wyziębieniem.
4. Trzech maratończyków jeszcze przed startem, ubranych w stroje zawodników czyli jaskrowo-zielone podkoszulki z napisem „Achilles. 30 Years. Hope & Possibility” oraz czarne krótkie spodenki. Uśmiechnięci mężczyźni pozują do aparatu, stoją do niego przodem, obejmują się za ramiona. Wszyscy mają naklejone na koszuli tabliczki z numerami startowymi. Mężczyzna w środku to Michał Majchrzak, na jego koszulce dodatkowo widnieje napis Poland. Mężczyzna po jego lewej stronie ma na koszulce dodatkowy duży napis GUIDE. Michał i przewodnik mają na głowach czapki z daszkiem. Z tyłu za nimi widać kilka stanowisk – namiotów oraz sporo ludzi. Jest spore zamieszanie, każdy gdzieś idzie, coś pokazuje. W tle widać kilka drzew w jesiennych barwach. Podpis: W pobliżu startu rozmieszczono specjalne wioski, w których mogą przebywać tylko maratończycy.
5. nowojorską ulicę zamkniętą dla zwykłego ruchu i biegnących po niej kilkanaście osób. Zdjęcie zrobione jest w taki sposób, że osoby biegnące są tyłem do aparatu. Biegacze na pierwszym planie to prawdopodobnie Michał Majchrzak oraz jego przewodnik, gdyż ma on charakterystyczną jaskrawo-zieloną podkoszulkę z napisami Achilles i GIUDE. Ulica jest szeroka, a biegacze z pierwszego planu właśnie zbliżają się do przejścia dla pieszych. Z boku ulicy widać barierkę, a za nią tłum stojących kibiców. Niektórzy z kibiców machają do zawodników, inni robią zdjęcia. W tle widać kilka wysokich budynków, a za nimi piękne, niebieskie, bezchmurne niebo. Podpis: Kibice tak zagrzewają do biegu, że nogi niosą same.
6. Michała tuż na linią mety maratonu. Michał ubrany jest w jaskrawozieloną podkoszulkę zawodnika, na głowie ma czapkę z daszkiem, a na szyi medal. Unosi do góry obie ręce w geście olbrzymiej radości i zwycięstwa. Na jego twarzy widać wielkie szczęście. Za nim jest bardzo tłoczno, bardzo dużo ludzi stoi lub idzie. Podpis: Za linią mety do oczu cisną się łzy wzruszenia, niedowierzania i satysfakcji.

Michał Majchrzak, osoba głuchoniewidoma z Małopolskiej JW TPG
Zdjęcie autora artykułu: Michał Majchrzak, osoba głuchoniewidoma z Małopolskiej JW TPG

Komentarze do wpisów


Obrazek przedstawiający hasło: TPG - Tu Przekraczamy Granice!

Informacje o nas

Projekt współfinansowany ze środków Pfron

Projekt współfinansowany ze środków PFRON
PFRON - Państwowy fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Jeden procent dla TPG

Obrazek przedstawiający KRS do przekazania 1% dla TPG

Ułatwienia dostępu do strony

Adresy e-mail redakcji i webmastera strony

Informacja o własności