Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym - oficjalny serwis internetowy TPG

Ścieżka dostępu do aktualnie oglądanej strony

DiS » Archiwum » Nr 4/2009 » Jak się w Łucznicy masażu uczyli

Boczny panel wyboru na stronie DiS Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym

przycisk menu do numerów miesięcznika Dłonie i Słowa
przycisk menu do numerów Usłyszmy i zobaczmy
przycisk menu do archiwum Dłoni i Słów

Wyszukiwarka dla Głównego serwisu TPG

Okładka DiS Nr 4/2009

Pliki do pobrania Dis: Nr 4/2009

Pliki do pobrania: Dis Nr 4/2009 do pobrania w wersji PDF   Dis Nr 4/2009 do pobrania w wersji MP3 lub format ZIP - Męski głos   Dis Nr 4/2009 do pobrania w wersji MP3 lub format ZIP - Kobiecy głos

Jak się w Łucznicy masażu uczyli

Nawet całego numeru DiS by nie starczyło, żeby opowiedzieć, co się podczas tych 5 szkoleń zawodowych działo! Można je jednak sprowadzić do wspólnego mianow- nika: doświadczeni prowadzący, uczestnicy żądni wiedzy oraz program pełen zajęć, podczas których przyswajano konkretne wiadomości i umiejętności. Na potwierdzenie – tekst Krzysztofa Gaja.

Łucznica – mała wioska w pow. garwolińskim, a woj. mazowieckim, miała okazję gościć już wielu niepełnosprawnych. Jest mało prawdopodobne, że się pomylę, jeśli napiszę, że głuchoniewidomych masażystów z całej Polski jeszcze nie gościła, aż do 13 listopada tego roku. Tego bowiem dnia, rozpoczęło się nie lada przedsięwzięcie, zorganizowane przez TPG we współpracy z PFRON-em. Zawodowi masażyści głuchoniewidomi, uczestnicy projektu: „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy”, wzięli udział w szkoleniu zawodowym, w zakresie masażu tajskiego podstawowego.

Tydzień wcześniej w środowisku TPG gruchnęła wieść, że coś takiego ma się odbyć. Myślę sobie, czemu by nie, masaż tajski teraz w modzie, w ogóle orientalne wszystko w modzie, zupełnie jak za czasów romantycznych, więc czemu by nie spróbować? Szybko wniosek wypełniam, maile i telefony, podania o delegację w pracy piorunem załatwiam, rodzinę obłaskawiam obietnicą porządnego tajskiego po powrocie i ruszam. Dowiedziałem się, że ma być 10 masażystów z całej Polski z przewodnikami. Jak to na szkoleniach: szybkie zakwaterowanie w zabytkowym dworku, dokoła zapachniało lasem, obiadek, aż Polakowi, gdy go nakarmić, od razu zachęta do pracy się znalazła. Kierowniczka, pani Kasia Ptasznik, raz dwa rozdysponowała czas i w godzinę po obiedzie wszyscy w dresach stawili się na sali gimnastycznej. Jeszcze regulamin, coś tam podpisać i zaczynamy edukację.

Po naszemu, po europejsku, jak masować, to gdzieś na leżance, kozetka jakaś, żeby tapczan chociaż. A tu na podłodze zasłane materacami, na materacach kocyczki i oto całe wyposażenie na początek do masażu tajskiego. Każdy głuchoniewidomy zajął pozycję siedzącą po turecku albo jakąś parterową, bo i taki materac zachęca od razu do polegiwania. Zrobiło się gwarno, każdy gada do swojego przewodnika i odwrotnie. Nie mogę się doczekać na rozpoczęcie. Obok mnie Tomek, mój przewodnik, Kasia, przewodnik Zuzanny, i tak dalej: Iza, Mariusz, Warszawa, Wrocław, Kraków, Szczecin. Sala dość duża, nieco się stresuję, że do mnie nie dotrze. W pewnym momencie rozległo się tradycyjne cii, cii, cii, bo oto z cicha zaczyna do nas przemawiać pani Kanya Krongboon, prawdziwa Tajka, prowadząca kurs. Sporo osób zna angielski, ale Małgorzata tłumaczy ofiarnie głośno wszystkim, którzy mają problemy. Ja i tak nie rozumiem, za daleko jestem.

Szybka decyzja, kto będzie masowany i oto już Zuzanna leży na materacu i zaczynamy masaż stopy. Dla masażystów, którzy chwilowo zawodowo nie pracują, te trzydniowe zajęcia były niezłą zaprawą dla kciuków i całych dłoni, bowiem okazało się, że to one przy masażu tajskim odgrywają rolę „narzędzi podstawowych”. Nasi prze- wodnicy dysponują już rysunkami, gdzieś ktoś rozdał, biorę do ręki, kilkanaście, może więcej stron. Pani Kanya pokazuje pierwszą linię, przewodnicy powtarzają nam, raz i jeszcze raz, do skutku. Wreszcie próbujemy. Uciskam kciukami na stopę Zuzanny od podeszwy i klęczę bogobojnie na kolanach, pochylony do przodu. Doczekałem się na panią Kanya, podchodzi. Od razu poprawia. Ja tu gniotę rękami, jak te kopytka przysłowiowe i szybko, a ja mam naciskać, wolniutko i coraz głębiej przez całe three seconds i jakby tego było mało, to pani Kanya mówi do mnie: come back – wróć. W masażu klasycz- nym zawsze masuje się dosercowo i nie wraca, a w tajskim jest to come back. Całe szkolenie mi musieli powtarzać, bo 20-letni nawyk zawodowy nie chciał się oduczyć, aż gdzieś tak w niedzielę rano chyba nabrałem w końcu tajskich nawyków. Trzeba by jednak zapytać Tomka, a zwłaszcza Kasi i samej pani Kanya, ile ich to zdrowia kosztowało.

Nie dość tego. Coś tu na początku mi nie idzie, pani Kanya widzi, że nie rozumiem, bierze mi rękę na swoje plecy i sama naciska stopę Zuzanny. Nagle zrozumiałem! Ona nie naciska rękoma, ona buja się do przodu i tyłu i naciska jakby całym ciałem, a siła idzie na kciuk. Wchodzi w stopę jak w masło i na dokładkę Zuzanny pytają, czy boli, a ona mówi, że nic, a nic. Myślę, że już coś wiem, wkrótce potwierdzi to prowadząca szkolenie: masaż tajski nie jest po to, żeby zadawać ból, nie wolno tej granicy prze- kraczać. Teraz już wiem, jak naciskać i żartuję czeską piosenką: „do preda na zad se kolebamy”. Biorę się ostro za trenowanie: pierwsza linia na stopie, druga i trzecia. A potem była zmiana, jak w tym wierszyku, tyle że tam szpak dziobał bociana, a tutaj mnie zaczęła masować Zuzanna. Ciśnie mi na stopę całym ciałem, a mnie nie tylko, że nie boli, to jeszcze odnoszę przyjemne wrażenie jakiejś ulgi.

Jest gwarno jak w ulu, jedna wielka gadanina, ten zapyta, ten odpowie, ten powtórzy, tamten poda, każdy ma roboty pełne ręce. Spokojna pani Kanya cicho mówi, jest nieco tajemnicza, bardzo łagodna w ruchach, nie złości się jak my z gatunku: cholera, już ci trzy razy mówiłem, ile będę powtarzał! Cierpliwie, spokojnie, raz, drugi, trzeci, aż pojął kursant. W tym momencie już wiedziałem, że warto było tu być. Byłem pewien, że mnie tu nie ominie wiedza. Jakim dobrym przewodnikiem trzeba być, w myślach obgadując naszych warszawskich Tomka i Kasię, że oni wiedzą, kiedy ja nie słyszę i potrafią odróżnić – w duchu ich chwalę i podziwiam, bo pracują za dwóch: sprawdzają, jak robi Kanya, pokazują nam i tak w koło. Mija godzina za godziną, niezauważalnie. Z kim nie rozmawiać, zaciekawienie tajskim nie maleje, ja nie mogę się doczekać, co będzie na kręgosłupie.

Tak masując, uciskając, kolebiąc się do przodu i tyłu przy każdym ruchu, dobrnęliśmy do kolacji. Widać, że roboty to tutaj nam nie zabraknie. Przy kolacji miła atmosfera, apetyty dopisują, wszystko smaczne: jest i sałatka, serek i wszystko, co trzeba na kolację. Raz dwa, szybciutko nałogowcy popalają po kolacji, bo pani Kanya już w gotowości.

Cały czas trenujemy stopę i podudzie, no, może trochę zaczęliśmy na udzie, a gdzie tu jeszcze do kręgosłupa, a ręce – myślę sobie, że chyba do niedzieli to my tu nie zdążymy, zaniepokoiłem się. Tak wygniatając sobie wzajemnie obydwoma kciukami nogi, coraz pokazując nowe punkty i linie, wybiła 21:00, koniec na dzisiaj. Ludzie mówią, że fajnie jest, ciężki program, nabity na full – jak mawia młodzież, ale owocny. Męczyć, to się Polak lubi, byle wiedział, po co. Coś tak czuję, że ludzie mają zapał – wszędzie słychać ożywienie. Koniec dnia. Jutrzejszy, będzie według planu taki sam, tyle że więcej pracy, bo od samego rana.

Mam pokoik – malutką, przytulną jedynkę. Błogo korzystam z ciszy. Dziwne, pomyślałby kto, po co głuchemu cisza, nic jednak tak nie męczy zaaparatowanego ucha, jak gwar ludu. Mówię sobie i rodzinie dobranoc. Ze snu wyrywa mnie wibrująca komórka. Nie chciało się uczyć, trzeba masować, jak czasem żartobliwie moi koledzy powiadają. Zrywam się pokornie i na śniadanko. Mój przewodnik Tomek tak sprawnie przeprowadził mi rozpoznanie budynku, że sam dotrę teraz do niego i go obudzę, ale się nie udało, bo już był w stanie „gotowości bojowej”. Z dołu dochodzą dźwięki pianina, to Zuzanna trenuje z rana „Dla Elizy” Beethovena.

Gdybym ten dzień chciał porządnie opisać, tak z detalami, to by trzeba było kilku rozdziałów, więc proponuję streszczenie: jedzenie, masowanie, masowanie, jedzenie, masowanie, masowanie i spanie. Po prawdzie tylko przyznać trzeba, że po obiadku umówiliśmy się na krótki spacerek po lesie. Wreszcie tego dnia doczekałem się na kręgosłup po tajsku, metoda ucisku łagodnego i tudzież łagodnego rozciągania. Żadnego trząchania pacjentem, aż na brzuchu się kołysze. Wieczorkiem znowu trochę muzykoterapii i noc.

Rankiem myślę sobie, że chyba troszeczkę człowiek się zmęczył, ale to już tylko jedne zajęcia do obiadu i wyjazd. Trenujemy ofiarnie, przypominamy, sprawdzamy, powtarzamy jeszcze, a pani Kanya Krongboon dokładnie sprawdza każdego cichaczem. Chwali, i słusznie, bo zawsze lepiej raz pochwalić, niż dwa razy zganić. I oto wypełniamy ankiety po szkoleniu, brawa, podziękowania i rozchodzimy się na obiad.

Po obiedzie, już spakowani, czekamy na najważniejszą chwilę szkolenia, czyli wręczenie dyplomów i zaświadczeń, a sam jeszcze nie wiem, co to, toteż ciekawość, która jest pierwszym stopniem do wiedzy, wzrasta. Pani Kanya mówi ostatnie słowa, że dobrze nam szło, że możemy się posługiwać masażem tajskim w swoich gabinetach, aż wreszcie ruszyła kolejka do wręczenia świadectw. Wielkie podziękowania dla pani Kanya, brawa i brawa, wszyscy się uśmiechają. W końcu zabieramy się do autokaru i do stolicy, skąd wkrótce rozjedziemy się na cały kraj.

Tak to się w Łucznicy masowało. Świetna atmosfera, bardzo dobra organizacja, choć może troszkę przydałoby się więcej przerw w pracy dla odpoczynku głuchym uszom z aparatami, ale to drobiazg w sumie. Zdecydowanie brakowało teorii masażu tajskiego. Niby można to wszystko gdzieś znaleźć w Internecie, ale myślę, że to nie to samo.

Podsumowując, coś niecoś jeszcze o przydatności masażu tajskiego w przychodniach i szpitalach, gdzie przeważnie masażyści pracują.

U osób starszych z osteoporozą nie za bardzo nadają się wszystkie techniki. Również w stanach pourazowych, trzeba być niesłychanie ostrożnym w ich stosowaniu. Zawodowcy, którzy tam byli, wiedzą to dobrze, a ja piszę to dlatego, że przecież będą to czytać ludzie, których tam nie było. Ponieważ masaż tajski jest powszechnie i niestety cza- sem „brzydko” reklamowany, więc polecam na stronie internetowej Kanya Krongboon (www.massagethai.info) dokładnie sprawdzić, kogo wyszkoliła. Krótko mówiąc, chciałbym ostrzec osoby z zaawansowanymi chorobami kręgosłupa, żeby były ostrożne, gdyż nieprawidłowo wykonany masaż tajski może zaszkodzić, zresztą nie tylko tajski.

Byłoby jednak najlepiej, gdyby w dalszym ciągu masażyści wykonujący tego typu masaż mieli solidne przygotowanie medyczne i dobrą znajomość anatomii. Gratuluję organizatorom kursu pomysłu, kogo nie było, niech zazdrości i mam nadzieję, że może jeszcze kiedyś taki będzie?

We wtorek – zaledwie dwa dni od mojego przyjazdu ze szkolenia – moja 5-letnia córeczka mówi tak oto do mnie:

– Wiesz, co, tata, ja dzisiaj w przedszkolu, jak ktoś chciał, to robiłam masaż tajski na stopie.

Pytam ostrożnie:– I co, chciał ktoś?

Dziewczynka mówi do mnie: – Tak, dużo dzieci chciało i pani się pytała, kto mnie nauczył, a ja powiedziałam, że tata mi robił, jak wrócił w niedzielę ze szkolenia.

Dlatego też dzieci słusznie przez naszych rodziców i dziadów zwane były pociechami. Możliwe też, że tajski zaraźliwy jest, bo łagodna, rzekłbym namiętna i wręcz uspokajająca, jakby wykonana z namaszczeniem technika jego jest iście wciągająca i jak widać udziela się nawet dzieciom.

Krzysztof Gaj pracownik medyczny centrum leczniczo-rehabilitacyjnego

Komentarze do wpisów


Zostaw komentarz

Obrazek przedstawiający hasło: TPG - Tu Przekraczamy Granice!

Informacje o nas

Projekt współfinansowany ze środków Pfron

Projekt współfinansowany ze środków PFRON
PFRON - Państwowy fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Jeden procent dla TPG

Obrazek przedstawiający KRS do przekazania 1% dla TPG

Ułatwienia dostępu do strony

Adresy e-mail redakcji i webmastera strony

Informacja o własności